|
9
Bieżałem długo— kędy? gdzie? Nie znałem!.. Żadna gwiazda mnie Nie oświetlała drogi tej. Jedynie wdychać było lżej Do piersi umęczonej mej Powietrza świeżość, lasów dech, I wiele godzin trwał mój bieg. Zmęczony wreście jam zechciał Poleżeć wśród wysokich traw, Przysłuchał się: pościgu brak. Ucichła burza. Jaśniał wszak Bladego światła długi pas Pod ciemnym niebem, tam gdzie las. I rozróżniłem jako wzór Zęby dalekich tamtych gór. Jam milczkiem długo leżeć miał, Czasami słysząc jak szakał Zaczynał płacz swój pośród skał I widząc gładkich łusek blask Żmii co omijała głaz; Lecz strach do duszy mej nie wpadł: Jam pełz i chował się jak gad, Jak zwierze, ludziom nie był rad.
10.
W głębokim dołe niżej skał Po burzy potok mocny lał I szumiał; głuchy jego bas Podobny stu rozmowom wraz, Roznosił się. Jednak bez słów Ja rozumiałem sens tych mów, Szemranie ich, wieczysty spór Z upartą stertą głazów z gór. W porannej ciszy szum ten plył, Raz słabszym, raz głośniejszym był. I otóż z zachmurzonych nieb Jam wnet jusłyszał ptasi śpiew I wschód zazłocił się, i wiatr, Wilgotne liście pieścić rad, Obudził sennych kwiatów szyk I ja się obudziłem w mig, Jak one, na spotkanie dnia Podnioslem głowę swą i ja. I strach mnie objął, słowo dać, Bo nad przepaścią przyszło spać, Gdzie z wyciem pędził groźny wał. I tędy wiodły stopnie skał Gdzie tylko Demon kroczyć śmiał, Gdy z niebios, w dół strącony w mig, W podziemnej on otchłani znikł.
11.
Sad Boży kwitł ze wszystkich stron; Tęczową barwą cieszył on, ślad zachowując górnich łez, Kędziory winorośli przez Szeregi drzew widniały się, Wskazując jasne liście swe I pełne kiście winnych gron Niby kolczyki albo dzwon Wisiały pysznie, a w ich strój Zalatał czasem ptaków rój. I znów do ziemi jam przypadł By znów przesłuchać tamten sad: Bajeczne dziwne głosy w nim, I szepty krzaków w sadzie tym, Jak gdyby mowa była wtem O tajemnicach nieb i ziem, I wszystkie głosy ziemi tej Zlały się razem w pieśni swej. Jen dumny głos człowieczy zaś Nie zabrzmiał w ten solenny czas. Wszystko com wtenczas czuć był rad, Te myśli – ich już minął ślad; Lecz chcialbym teraz dodać słów, By choćby w myślach ożyć znów. Niebiosa w ranku tego dnia Tak były czyste, nawet ja Anióła lot bym śledzić mógł, Gdyby mój wzrok naostrzył Bóg. W błękicie nieba, w głębi go Topiłem wzrok i duszę swą, Aż znój poludnia dopiekł ją I przegnał moich marzeń strój, Pragnienie wzięło umysł mój.
12.
Potok tam płynął między skał, Ku niemu w krzakach zejść jam chciał, Z płyty na płytę, jako mógł, Zacząłem schodzić. Spod mych nóg Niejeden wtedy kamień spadł Pozostawiając pylny ślad, I na dół toczył się — i doń On skakał z hukiem niby koń Aż w końcu ginął miedzy skał. A jam nad glębią wciąż wisiał. Lecz siłne są młodości dnie, I śmierć nie straszna była mnie! Ledwie z wyżyny zszedłem w dól, Wód górnych świeżość jam odczuł. Powiała na mnie niby sad, Do fali chciwie jam przypadł. I nagle — głos — i kroków dźwięk… Ukryć się w krzakach musiał zbieg, Patrzyłem z drganiem poprzez nich, Potrzebny był mi tylko mig, I słuch bym chciwie nastawiał, I coraz bliżej do mnie brzmiał Gruzinki młodej głosik — wszak Tak bezpośredni, żywy tak, Tak słodko wolny, jakby on Był dla mówienia przeznaczon Jedynie bliskich jej imion. Piosenka prosta była jej, Jednak zaległa w myśli mej, I śpiewa ją, gdy półmrok mknie, Duch niewidzialny obok mnie.
13
Na głowie niosąc ciężki dzban, Gruzinka, prężąc giętki stan, Schodziła k brzegu ściążką swej. Czasami ślisko było jej, I śmiała się przygodzie tej. Ubranie biedne było nań, Kroczyła lekko jako łań, Kraj czadry odrzucając w tył Od swoich nóg. Żar letni płył, I okrył złotym cieniem on Jej twarz i pierś ze wszyskich stron. Od ust i lic jej powiał znój A oczy mrak zgłębiły swój. Miłością pełen był ten mrak, I duszę mą płomienną wszak Zasmucił. Zasłyszałem stąd Brzęk dzbanku — gdy strumienia prąd Pełnił go obok miłych lic, I stóp jej szmer… a więcej nic. Gdym wreszcie ocknął się i wstał A w sercu potok krwi ustał, Już szła w oddali, tam dgzie stok, Choćiaż wolniejszym był jej krok, Tak smukła pod brzenieniem swym, Jako topola w kraju tym! Opodal zaś, w chłodnawej mgłe, Do skał przyrosły sakle dwie, Niby pryjaznych para dusz; Nad plaskim dachem wtedy już Jam dym niebieski widzieć mógł A nawet zasłyszałem stuk... Cichutkto drzwi otwarły się I znów pozamykano je! Znam, nie zrozumią myśli twe Tęsknoty mej i troski mej; A gdyby — czyżby było lżej? Wspomnieńia więc o chwilach tych Niech zginą zazem ze mną, mnich!
14
Nocną wyprawą umęczon, Jam w cieniu się położył. On Mnie wypoczynek wreszcie dał, A we śnie znowu jam ujrzał Gruzynki młodej obraz ten, I dziwnie słodkim był mój sen. Tęsknota ćmiła serce mnie, Jam westchnąć silił się we śnie – Aż się obudził. Swiecił już Na niebie księżyc, ale tuż Obłaczek skradał się za nim, Niby za jasnym łupem swym, Objęcia już otworzył mu… świat milczął wciąż i patrzył w ćmu. Srebrzystym frędzlem wnet się stał Wierchołków śnieżnych groźny wał Które w oddali jam ujrzał, Zaś potok o brzeg pluskał się. A w oknie sakli znanej mnie Migotał płomyk i znów gasł: Tak na nebiosach w późny czas Jaskrawej gwiazdy gaśnie ślad! I zechciał ja… bym do nich wpadł, Lecz wejść nie śmiałem. Jedną chęć — Do ziemi swej ojczystej zbiec — Jam w duszy miał, i jako mógł Cierpienia głodu jam przemógł I ruszył drogą, prostą dość, Neśmiały i milczący gość. Lecz wkrótcem w puszczy jak na złość Z widoku zgubił góry swe I zacząl z drogi zsuwać się.
15.
Na próźno, tłumiąc wściekły szał, Rękami jam tarninę rwał Bluszczem oplotłą, raz po raz; Był las dokoła, tylko las. Coraz straszniejszy stawał on; Jak czarnych oczu milion Mrak nocny patrzył na mnie, jak — Poprzez gałęzie — każdy krzak… Krężenia głowy doznał jam, Na drzewa włazić zacząl sam, Lecz aż do niebios — gdym tam wlazł, Ten sam był ząbkowaty las. I wtedy jam na ziemię spadł, Ze szłochem znów do niej przypadł, Zębami gryzłem ziemi pierś I łzy gorące ciekły gdzieś Niby palącej rosy grad… Lecz, uwierz, ja nie byłbym rad Pomocy ludzkiej… Obcym stał Jam teraz ludziom, jak szakał; I dgyby nawet krótkie «Stój!» Zawiódło mi — wierz, starcze mój! — Wyrwałbym słaby język swój!
16.
Pamiętasz, kiedym dzieckem był, Jam nigdy żadnych łez nie lił. Lecz tu szlochałem z całych sił. Kto widzieć mógł? Jedynie las Bądź księżyc, co obłoczki pasł! Księżycem rozświetlona tym, Mchem porośnięta, z piaskiem złym, Z lasem, który stał obok niej Nieprzeniknioną ścianą swej, Była polana. Nagle nią Cień przemknął, i dwóch świateł skrą Błysnąl w ciemności… potem ryk: Jakaś zwierzyna w jeden mig Z gąszczu wybiegła blisko mnie I na wznak ułożyła się. To był wieczysty lasu gość — Potężny bars. On świeżą kość Obgryzał, i wesoły wizg Wydawal go zkrwawiony pysk, Lub czule bił ogonem swym, Patrzac na księżyc — i na nim Sierść się srebrzyła jako dym. Rogaty sęk jam w ręce miął, Czekając nań. Jam bitwy chciał. Wnet serce rozpaliły mi Pragnienie walki, żądza krwi… Choć ręka losu — czyżby nie — Inaczej prowadziła mnie, Lecz w kraju ojców gdybym żył, Bym zuchem nie ostatnim był.
Перевод Ан. Нехая
|
9
Бежал я долго — где, куда? Не знаю! ни одна звезда Не озаряла трудный путь. Мне было весело вдохнуть В мою измученную грудь Ночную свежесть тех лесов, И только! Много я часов Бежал, и наконец, устав, Прилег между высоких трав; Прислушался: погони нет. Гроза утихла. Бледный свет Тянулся длинной полосой Меж темным небом и землей, И различал я, как узор, На ней зубцы далеких гор; Недвижим, молча я лежал, Порой в ущелии шакал Кричал и плакал, как дитя, И, гладкой чешуей блестя, Змея скользила меж камней; Но страх не сжал души моей: Я сам, как зверь, был чужд людей И полз и прятался, как змей.
10
Внизу глубоко подо мной Поток усиленный грозой Шумел, и шум его глухой Сердитых сотне голосов Подобился. Хотя без слов Мне внятен был тот разговор, Немолчный ропот, вечный спор С упрямой грудою камней. То вдруг стихал он, то сильней Он раздавался в тишине; И вот, в туманной вышине Запели птички, и восток Озолотился; ветерок Сырые шевельнул листы; Дохнули сонные цветы, И, как они, навстречу дню Я поднял голову мою… Я осмотрелся; не таю: Мне стало страшно; на краю Грозящей бездны я лежал, Где выл, крутясь, сердитый вал; Туда вели ступени скал; Но лишь злой дух по ним шагал, Когда, низверженный с небес, В подземной пропасти исчез.
11.
Кругом меня цвел божий сад; Растений радужный наряд Хранил следы небесных слез, И кудри виноградных лоз Вились, красуясь меж дерев Прозрачной зеленью листов; И грозды полные на них, Серег подобье дорогих, Висели пышно, и порой К ним птиц летал пугливый рой И снова я к земле припал И снова вслушиваться стал К волшебным, странным голосам; Они шептались по кустам, Как будто речь свою вели О тайнах неба и земли; И все природы голоса Сливались тут; не раздался В торжественный хваленья час Лишь человека гордый глас. Все, что я чувствовал тогда, Те думы — им уж нет следа; Но я б желал их рассказать, Чтоб жить, хоть мысленно, опять. В то утро был небесный свод Так чист, что ангела полет Прилежный взор следить бы мог; Он так прозрачно был глубок, Так полон ровной синевой! Я в нем глазами и душой Тонул, пока полдневный зной Мои мечты не разогнал. И жаждой я томиться стал.
12.
Тогда к потоку с высоты, Держась за гибкие кусты, С плиты на плиту я, как мог, Спускаться начал. Из-под ног Сорвавшись, камень иногда Катился вниз — за ним бразда Дымилась, прах вился столбом; Гудя и прыгая, потом Он поглощаем был волной; И я висел над глубиной, Но юность вольная сильна, И смерть казалась не страшна! Лишь только я с крутых высот Спустился, свежесть горных вод Повеяла навстречу мне, И жадно я припал к волне. Вдруг — голос — легкий шум шагов… Мгновенно скрывшись меж кустов, Невольным трепетом объят, Я поднял боязливый взгляд И жадно вслушиваться стал: И ближе, ближе все звучал Грузинки голос молодой, Так безыскусственно живой, Так сладко вольный, будто он Лишь звуки дружеских имен Произносить был приучен. Простая песня то была, Но в мысль она мне залегла, И мне, лишь сумрак настает, Незримый дух ее поет.
13
Держа кувшин над головой, Грузинка узкою тропой Сходила к берегу. Порой Она скользила меж камней, Смеясь неловкости своей. И беден был ее наряд; И шла она легко, назад Изгибы длинные чадры Откинув. Летние жары Покрыли тенью золотой Лицо и грудь ее; и зной Дышал от уст ее и щек. И мрак очей был так глубок, Так полон тайнами любви, Что думы пылкие мои Смутились. Помню только я Кувшина звон, — когда струя Вливалась медленно в него, И шорох… больше ничего. Когда же я очнулся вновь И отлила от сердца кровь, Она была уж далеко И шла, хоть тише,— но легко, Стройна под ношею своей, Как тополь, царь ее полей! Недалеко, в прохладной мгле, Казалось, приросли к скале Две сакли дружною четой; Над плоской кровлею одной Дымок струился голубой. Я вижу будто бы теперь, Как отперлась тихонько дверь... И затворилася опять!.. Тебе, я знаю, не понять Мою тоску, мою печаль; И если б мог,— мне было б жаль: Воспоминанья тех минут Во мне, со мной пускай умрут.
14.
Трудами ночи изнурен, Я лег в тени. Отрадный сон Сомкнул глаза невольно мне... И снова видел я во сне Грузинки образ молодой. И странной, сладкою тоской Опять моя заныла грудь. Я долго силился вздохнуть — И пробудился. Уж луна Вверху сияла, и одна Лишь тучка кралася за ней, Как за добычею своей, Объятья жадные раскрыв. Мир темен был и молчалив; Лишь серебристой бахромой Вершины цепи снеговой Вдали сверкали предо мной Да в берега плескал поток. В знакомой сакле огонек То трепетал, то снова гас: На небесах в полночный час Так гаснет яркая звезда! Хотелось мне... но я туда Взойти не смел. Я цель одну — Пройти в родимую страну — Имел в душе и превозмог Страданье голода, как мог. И вот дорогою прямой Пустился, робкий и немой. Но скоро в глубине лесной Из виду горы потерял И тут с пути сбиваться стал.
15.
Напрасно в бешенстве порой Я рвал отчаянной рукой Терновник, спутанный плющом: Все лес был, вечный лес кругом, Страшней и гуще каждый час; И миллионом черных глаз Смотрела ночи темнота Сквозь ветви каждого куста... Моя кружилась голова; Я стал влезать на дерева; Но даже на краю небес Все тот же был зубчатый лес. Тогда на землю я упал; И в исступлении рыдал, И грыз сырую грудь земли, И слезы, слезы потекли В нее горючею росой... Но, верь мне, помощи людской Я не желал... Я был чужой Для них навек, как зверь степной; И если б хоть минутный крик Мне изменил — клянусь, старик, Я б вырвал слабый мой язык.
16
Ты помнишь детские года: Слезы не знал я никогда; Но тут я плакал без стыда. Кто видеть мог? Лишь темный лес Да месяц, плывший средь небес! Озарена его лучом, Покрыта мохом и песком, Непроницаемой стеной Окружена, передо мной Была поляна. Вдруг во ней Мелькнула тень, и двух огней Промчались искры… и потом Какой-то зверь одним прыжком Из чащи выскочил и лег, Играя, навзничь на песок. То был пустыни вечный гость — Могучий барс. Сырую кость Он грыз и весело визжал; То взор кровавый устремлял, Мотая ласково хвостом, На полный месяц, — и на нем Шерсть отливалась серебром. Я ждал, схватив рогатый сук, Минуту битвы; сердце вдруг Зажглося жаждою борьбы И крови… да, рука судьбы Меня вела иным путем… Но нынче я уверен в том, Что быть бы мог в краю отцов Не из последних удальцов.
|