Выпуск 58

Bilingua / Билингва

Мцыри (главы 9-16)

Михаил Лермонтов

 9

Bieżałem długo— kędy? gdzie?
Nie znałem!.. Żadna gwiazda mnie
Nie oświetlała drogi tej.
Jedynie wdychać było lżej
Do piersi umęczonej mej
Powietrza świeżość, lasów dech,
I wiele godzin trwał mój bieg.
Zmęczony wreście jam zechciał
Poleżeć wśród wysokich traw,
Przysłuchał się: pościgu brak.
Ucichła burza.  Jaśniał wszak
Bladego światła długi pas
Pod ciemnym niebem, tam gdzie las.
I rozróżniłem jako wzór
Zęby dalekich tamtych gór.
Jam milczkiem długo leżeć miał,
Czasami słysząc jak szakał
Zaczynał płacz swój pośród skał
I widząc gładkich łusek blask
Żmii co omijała głaz;
Lecz strach do duszy mej nie wpadł:
Jam pełz i chował się jak gad,
Jak zwierze, ludziom nie był rad. 

10.

W głębokim dołe niżej skał
Po burzy potok mocny lał
I szumiał; głuchy jego bas
Podobny stu rozmowom wraz,
Roznosił się. Jednak bez słów
Ja rozumiałem sens tych mów,
Szemranie ich, wieczysty spór
Z upartą stertą głazów z gór.
W porannej ciszy szum ten plył,
Raz słabszym, raz głośniejszym był.
I otóż z zachmurzonych nieb
Jam wnet jusłyszał ptasi śpiew
I wschód zazłocił się, i wiatr,
Wilgotne liście pieścić rad,
Obudził sennych kwiatów szyk
I ja się obudziłem w mig,
Jak one, na spotkanie dnia
Podnioslem  głowę swą i ja.
I strach mnie objął, słowo dać,
Bo nad przepaścią przyszło spać,
Gdzie z wyciem pędził groźny wał.
I tędy wiodły stopnie skał
Gdzie tylko Demon kroczyć śmiał,
Gdy z niebios, w dół strącony w mig,
W podziemnej on otchłani znikł.

11.

Sad Boży kwitł ze wszystkich stron;
Tęczową barwą cieszył on,
ślad zachowując górnich łez,
Kędziory winorośli przez
Szeregi drzew widniały się,
Wskazując jasne liście swe
I pełne kiście winnych gron
Niby kolczyki albo dzwon 
Wisiały pysznie, a w ich strój
Zalatał czasem ptaków rój.
I znów do ziemi jam przypadł
By znów przesłuchać tamten sad:
Bajeczne dziwne głosy w nim,
I szepty krzaków w sadzie tym,
Jak gdyby mowa była wtem
O tajemnicach nieb i ziem,
I wszystkie głosy ziemi tej
Zlały się razem w pieśni swej.
Jen dumny głos człowieczy zaś
Nie zabrzmiał w ten solenny czas.
Wszystko com wtenczas czuć był rad,
Te myśli – ich już minął ślad;
Lecz chcialbym teraz dodać słów,
By choćby w myślach ożyć znów.
Niebiosa w ranku tego dnia
Tak były czyste, nawet ja
Anióła lot bym śledzić mógł,
Gdyby mój wzrok naostrzył Bóg.
W błękicie nieba, w głębi go
Topiłem wzrok i duszę swą,
Aż znój poludnia dopiekł ją
I przegnał moich marzeń strój,
Pragnienie wzięło umysł mój.

12.

Potok tam płynął między skał,
Ku niemu w krzakach zejść jam chciał,
Z płyty na płytę, jako mógł,
Zacząłem schodzić. Spod mych nóg
Niejeden wtedy kamień spadł
Pozostawiając pylny ślad,
I na dół toczył się —  i doń
On skakał z hukiem niby koń
Aż w końcu ginął miedzy skał.
A jam nad glębią wciąż wisiał.
Lecz siłne są młodości dnie,
I śmierć nie straszna była mnie!
Ledwie z wyżyny zszedłem w dól,
Wód górnych świeżość jam odczuł.
Powiała na mnie niby sad,
Do fali chciwie jam przypadł.
I nagle — głos — i kroków dźwięk…
Ukryć się w krzakach musiał zbieg,
Patrzyłem z drganiem poprzez nich,
Potrzebny był mi tylko mig,
I słuch bym chciwie nastawiał,
I coraz bliżej do mnie brzmiał
Gruzinki młodej głosik — wszak
Tak bezpośredni, żywy tak,
Tak słodko wolny, jakby on
Był dla mówienia przeznaczon
Jedynie bliskich jej imion.
Piosenka prosta była jej,
Jednak zaległa w myśli mej,
I śpiewa ją, gdy półmrok mknie,
Duch niewidzialny obok mnie.

13

Na głowie niosąc ciężki dzban,
Gruzinka, prężąc giętki stan,
Schodziła k brzegu ściążką swej.
Czasami ślisko było jej,
I śmiała się przygodzie tej.
Ubranie biedne było nań,
Kroczyła lekko jako łań,
Kraj czadry odrzucając w tył
Od swoich nóg. Żar letni płył,
I okrył złotym cieniem on
Jej twarz i pierś ze wszyskich stron.
Od ust i lic jej powiał znój
A oczy mrak zgłębiły swój.
Miłością pełen był ten mrak,
I duszę mą płomienną wszak
Zasmucił. Zasłyszałem stąd
Brzęk dzbanku — gdy strumienia prąd
Pełnił go obok miłych lic,
I stóp jej szmer… a więcej nic.
Gdym wreszcie ocknął się i wstał
A w sercu potok krwi ustał,
Już szła w oddali, tam dgzie stok,
Choćiaż wolniejszym był jej krok,
Tak smukła pod brzenieniem swym,
Jako topola w kraju tym!
Opodal zaś, w chłodnawej mgłe,
Do skał przyrosły sakle dwie,
Niby pryjaznych para dusz;
Nad plaskim dachem wtedy już
Jam dym niebieski widzieć mógł
A nawet zasłyszałem stuk...
Cichutkto drzwi otwarły się
I znów pozamykano je!
Znam, nie zrozumią myśli twe
Tęsknoty mej i troski mej;
A gdyby — czyżby było lżej?
Wspomnieńia więc o chwilach tych
Niech zginą zazem ze mną, mnich!

14

Nocną wyprawą umęczon,
Jam w cieniu się położył. On
Mnie wypoczynek wreszcie dał,
A we śnie znowu jam ujrzał
Gruzynki młodej obraz ten,
I dziwnie słodkim był mój sen.
Tęsknota ćmiła serce mnie,
Jam westchnąć silił się we śnie –
Aż się obudził. Swiecił już
Na niebie księżyc, ale tuż
Obłaczek skradał się za nim,
Niby za jasnym łupem swym,
Objęcia już otworzył mu…
świat milczął wciąż i patrzył w ćmu.
Srebrzystym frędzlem wnet się stał
Wierchołków śnieżnych groźny wał
Które w oddali jam ujrzał,
Zaś potok o brzeg pluskał się.
A w oknie sakli znanej mnie
Migotał płomyk i znów gasł:
Tak na nebiosach w późny czas
Jaskrawej gwiazdy gaśnie ślad!
I zechciał ja… bym do nich wpadł,
Lecz wejść nie śmiałem. Jedną chęć —
Do ziemi swej ojczystej zbiec —
Jam w duszy miał, i jako mógł
Cierpienia głodu jam przemógł
I ruszył drogą, prostą dość,
Neśmiały i milczący gość.
Lecz wkrótcem w puszczy jak na złość
Z widoku zgubił góry swe
I zacząl z drogi zsuwać się.

15.

Na próźno, tłumiąc wściekły szał,
Rękami jam tarninę rwał
Bluszczem oplotłą, raz po raz;
Był las dokoła, tylko las.
Coraz straszniejszy stawał on;
Jak czarnych oczu milion
Mrak nocny patrzył na mnie, jak —  
Poprzez gałęzie — każdy krzak…
Krężenia głowy doznał jam,
Na drzewa włazić zacząl sam,
Lecz aż do niebios — gdym tam wlazł,
Ten sam był ząbkowaty las.
I wtedy jam na ziemię spadł,
Ze szłochem znów do niej przypadł,
Zębami gryzłem ziemi pierś
I łzy gorące ciekły gdzieś
Niby palącej rosy grad…
Lecz, uwierz,  ja nie byłbym rad
Pomocy ludzkiej… Obcym stał
Jam teraz ludziom, jak szakał;
I dgyby nawet krótkie «Stój!»
Zawiódło mi — wierz, starcze mój! —
Wyrwałbym słaby język swój!

16.

Pamiętasz, kiedym dzieckem był,
Jam nigdy żadnych łez nie lił.
Lecz tu szlochałem z całych sił.
Kto widzieć mógł? Jedynie las
Bądź księżyc, co obłoczki pasł!
Księżycem rozświetlona tym,
Mchem porośnięta, z piaskiem złym,
Z lasem, który stał obok niej
Nieprzeniknioną ścianą swej,
Była polana. Nagle nią
Cień przemknął, i dwóch świateł skrą
Błysnąl w ciemności… potem ryk:
Jakaś zwierzyna w jeden mig
Z gąszczu wybiegła blisko mnie
I na wznak ułożyła się.
To był wieczysty lasu gość —
Potężny bars. On świeżą kość
Obgryzał, i wesoły wizg
Wydawal go zkrwawiony pysk,
Lub czule bił ogonem swym,
Patrzac na księżyc — i na nim
Sierść się srebrzyła jako dym.
Rogaty sęk jam w ręce miął,
Czekając nań. Jam bitwy chciał.
Wnet serce rozpaliły mi
Pragnienie walki, żądza krwi…
Choć ręka losu — czyżby nie —
Inaczej prowadziła mnie,
Lecz w kraju ojców gdybym żył,
Bym zuchem nie ostatnim był.

Перевод Ан. Нехая

 

 9

Бежал я долго — где, куда?
Не знаю! ни одна звезда
Не озаряла трудный путь.
Мне было весело вдохнуть
В мою измученную грудь
Ночную свежесть тех лесов,
И только! Много я часов
Бежал, и наконец, устав,
Прилег между высоких трав;
Прислушался: погони нет.
Гроза утихла. Бледный свет
Тянулся длинной полосой
Меж темным небом и землей,
И различал я, как узор,
На ней зубцы далеких гор;
Недвижим, молча я лежал,
Порой в ущелии шакал
Кричал и плакал, как дитя,
И, гладкой чешуей блестя,
Змея скользила меж камней;
Но страх не сжал души моей:
Я сам, как зверь, был чужд людей
И полз и прятался, как змей.

10

Внизу глубоко подо мной
Поток усиленный грозой
Шумел, и шум его глухой
Сердитых сотне голосов
Подобился. Хотя без слов
Мне внятен был тот разговор,
Немолчный ропот, вечный спор
С упрямой грудою камней.
То вдруг стихал он, то сильней
Он раздавался в тишине;
И вот, в туманной вышине
Запели птички, и восток
Озолотился; ветерок
Сырые шевельнул листы;
Дохнули сонные цветы,
И, как они, навстречу дню
Я поднял голову мою…
Я осмотрелся; не таю:
Мне стало страшно; на краю
Грозящей бездны я лежал,
Где выл, крутясь, сердитый вал;
Туда вели ступени скал;
Но лишь злой дух по ним шагал,
Когда, низверженный с небес,
В подземной пропасти исчез.

11.

Кругом меня цвел божий сад;
Растений радужный наряд
Хранил следы небесных слез,
И кудри виноградных лоз
Вились, красуясь меж дерев
Прозрачной зеленью листов;
И грозды полные на них,
Серег подобье дорогих,
Висели пышно, и порой
К ним птиц летал пугливый рой
И снова я к земле припал
И снова вслушиваться стал
К волшебным, странным голосам;
Они шептались по кустам,
Как будто речь свою вели
О тайнах неба и земли;
И все природы голоса
Сливались тут; не раздался
В торжественный хваленья час
Лишь человека гордый глас.
Все, что я чувствовал тогда,
Те думы — им уж нет следа;
Но я б желал их рассказать,
Чтоб жить, хоть мысленно, опять.
В то утро был небесный свод
Так чист, что ангела полет
Прилежный взор следить бы мог;
Он так прозрачно был глубок,
Так полон ровной синевой!
Я в нем глазами и душой
Тонул, пока полдневный зной
Мои мечты не разогнал.
И жаждой я томиться стал.

12.

Тогда к потоку с высоты,
Держась за гибкие кусты,
С плиты на плиту я, как мог,
Спускаться начал. Из-под ног
Сорвавшись, камень иногда
Катился вниз — за ним бразда
Дымилась, прах вился столбом;
Гудя и прыгая, потом
Он поглощаем был волной;
И я висел над глубиной,
Но юность вольная сильна,
И смерть казалась не страшна!
Лишь только я с крутых высот
Спустился, свежесть горных вод
Повеяла навстречу мне,
И жадно я припал к волне.
Вдруг — голос — легкий шум шагов…
Мгновенно скрывшись меж кустов,
Невольным трепетом объят,
Я поднял боязливый взгляд
И жадно вслушиваться стал:
И ближе, ближе все звучал
Грузинки голос молодой,
Так безыскусственно живой,
Так сладко вольный, будто он
Лишь звуки дружеских имен
Произносить был приучен.
Простая песня то была,
Но в мысль она мне залегла,
И мне, лишь сумрак настает,
Незримый дух ее поет.

13

Держа кувшин над головой,
Грузинка узкою тропой
Сходила к берегу. Порой
Она скользила меж камней,
Смеясь неловкости своей.
И беден был ее наряд;
И шла она легко, назад
Изгибы длинные чадры
Откинув. Летние жары
Покрыли тенью золотой
Лицо и грудь ее; и зной
Дышал от уст ее и щек.
И мрак очей был так глубок,
Так полон тайнами любви,
Что думы пылкие мои
Смутились. Помню только я
Кувшина звон, — когда струя
Вливалась медленно в него,
И шорох… больше ничего.
Когда же я очнулся вновь
И отлила от сердца кровь,
Она была уж далеко
И шла, хоть тише,— но легко,
Стройна под ношею своей,
Как тополь, царь ее полей!
Недалеко, в прохладной мгле,
Казалось, приросли к скале
Две сакли дружною четой;
Над плоской кровлею одной
Дымок струился голубой.
Я вижу будто бы теперь,
Как отперлась тихонько дверь...
И затворилася опять!..
Тебе, я знаю, не понять
Мою тоску, мою печаль;
И если б мог,— мне было б жаль:
Воспоминанья тех минут
Во мне, со мной пускай умрут.

14.

Трудами ночи изнурен,
Я лег в тени. Отрадный сон
Сомкнул глаза невольно мне...
И снова видел я во сне
Грузинки образ молодой.
И странной, сладкою тоской
Опять моя заныла грудь.
Я долго силился вздохнуть —
И пробудился. Уж луна
Вверху сияла, и одна
Лишь тучка кралася за ней,
Как за добычею своей,
Объятья жадные раскрыв.
Мир темен был и молчалив;
Лишь серебристой бахромой
Вершины цепи снеговой
Вдали сверкали предо мной
Да в берега плескал поток.
В знакомой сакле огонек
То трепетал, то снова гас:
На небесах в полночный час
Так гаснет яркая звезда!
Хотелось мне... но я туда
Взойти не смел. Я цель одну —
Пройти в родимую страну —
Имел в душе и превозмог
Страданье голода, как мог.
И вот дорогою прямой
Пустился, робкий и немой.
Но скоро в глубине лесной
Из виду горы потерял
И тут с пути сбиваться стал.

15.

Напрасно в бешенстве порой
Я рвал отчаянной рукой
Терновник, спутанный плющом:
Все лес был, вечный лес кругом,
Страшней и гуще каждый час;
И миллионом черных глаз
Смотрела ночи темнота
Сквозь ветви каждого куста...
Моя кружилась голова;
Я стал влезать на дерева;
Но даже на краю небес
Все тот же был зубчатый лес.
Тогда на землю я упал;
И в исступлении рыдал,
И грыз сырую грудь земли,
И слезы, слезы потекли
В нее горючею росой...
Но, верь мне, помощи людской
Я не желал... Я был чужой
Для них навек, как зверь степной;
И если б хоть минутный крик
Мне изменил — клянусь, старик,
Я б вырвал слабый мой язык.

16

Ты помнишь детские года:
Слезы не знал я никогда;
Но тут я плакал без стыда.
Кто видеть мог? Лишь темный лес
Да месяц, плывший средь небес!
Озарена его лучом,
Покрыта мохом и песком,
Непроницаемой стеной
Окружена, передо мной
Была поляна. Вдруг во ней
Мелькнула тень, и двух огней
Промчались искры… и потом
Какой-то зверь одним прыжком
Из чащи выскочил и лег,
Играя, навзничь на песок.
То был пустыни вечный гость —
Могучий барс. Сырую кость
Он грыз и весело визжал;
То взор кровавый устремлял,
Мотая ласково хвостом,
На полный месяц, — и на нем
Шерсть отливалась серебром.
Я ждал, схватив рогатый сук,
Минуту битвы; сердце вдруг
Зажглося жаждою борьбы
И крови… да, рука судьбы
Меня вела иным путем…
Но нынче я уверен в том,
Что быть бы мог в краю отцов
Не из последних удальцов.

ncy1