17.
Jam czekał. Otóż w nocnej mgle Bars zwęszył wroga, wtedy mnie Zaskoczył go żałosny jęk, Przeciągły skowytania dźwięk. Wróg zaczął łapą piasek ryć, Ogonem swoim w gniewie bić I dęba powstał, zaszedł wbok I pierwszy go szalony skok Mnie śmiercią groził… Lecz mój cios Zapobiegł temu. Jam podniosł Swój niezawodny sęk, i wprost Przecinął czoło jemu wszerz… Zajęczał niby czówiek zwierz I się wywrócił. Ale wbrew Temu żę z rany lała krew, Znacząc szeroki gęsty zwój, Zakipiał bój, śmiertelny bój!
18.
Na moją pierś się rzucił wróg, Lecz w gardło mu jam wetknąć zmógł Dwykrotnie, kręcąc z obu stron, Swój sęk… I wtedy zawył on, Wyrwał się precz ostatkiem sił, I my, jak para gadów, w tył W objęciu padli razem w pył Przedłużyć pojedynek swój, I już na ziemi potrwał bój. Straszny wyglądem wten jam był, Podobny barsu dzikim, złym: Jam płomieniał i wył jak on, Jak gdyby sam był urodzon W barłogu, gdzie żył wilk lub bars I był osłoną świeży las. Zdawało się, żem mowy swej Już zapomniał — i w piersi mej Narodził się okropny krzyk Jak gdybym od dzieciństwa zwykł Do innych dżwięków, znał ich szyk… Lecz wróg mój zaczął spadać z sił. I oddech powolniejszym był, W ostatni raz on ścisnął mnie… W źrienicach go, na samym dnie Mignął blask groźby — ale wtem Zasnął on cicho wiecznym snem. Przed dumnym wrogiem, — czy to znasz? On śmięrć swą spotkał twarza w twarz, Jak ginie w boju rycerz nasz!...
19.
Czyś widział na mej piersi, mnich, Głęboki ślad pazurów tych? Wciąż nie zagoił się mój stan I nie zarosły ślady ran, Lecz ziemi chłód orzeźwi je A śmierć ożywi w wiecznym śnie. O ranach wtem jam zapomniał I resztkę swoich sil zebrał I pobrnął dalej w stronę gór Lecz z losem próżniem toczył spór: On śmiał się z moich awantur.
20.
Wyszedłem z lasu. Senny las Obudził się, i pasmo gwiazd — Tak mnie pomocny drógowskaz, Znikło w promieniach. Lasek znów Rozmowy zaczął. Wten aul W dali zakurzył się. Jam snuł Swoie marzenia, słyszeć rad W dolinie szum, co przyniósł wiatr. Lecz wkrótce znikł on z wiatrzem wraz, I rozejrenia przyszedł czas. Znajomy kraj, zdało mi się, I strach pomyśleć było mnie Żem ja w podróży długiej tej Znów wrócił do niewoli swej, Że tyle dni daremnie, mnich, Jam pieścił skarb tajemnic mych, Żem cierpieć, łkać i tęsknić zwykł…
Lecz po co? By w rozkwiecie lat Popatrzyć raz na Boży świat, W donośnym szmeru dębów tuż Błogość wolności znając już, Unieść do grobu razem z niej Tęsknotę za ojczyzną swej, Nadziei zawiedzonej ślad I hańbę tych niesławnych lat! Jam jeszcze w wątpliwośćiach trwał, To sen okropny! – pomyślał, Aż nagle zwonu głos zabrzmiał W oddali gdzieś, w porannej mgle — I wszystko jasne stało mnie. Od razu głos bym poznał ten! W dzieciństwie z moich oczu sen Codziennie spędzać łos ten zwykł: O miłych, krewnych, bliskich mych, O dziką wolność stepnych dróg, O lekkich koni kopyt stuk, O cudnych bitwach między skał, Gdziem wszystkich razem zwycieżał!.. Słuchałem więc bez łez, bez sił. Zdawało się iż dzwon ten płył Z samego serca – niby ktoś Zełazem mnie uderzał w kość, I wtedym mgliście zrozumiał, Ze ślad mój do rodzimych skał Nie dojdzie nigdy, choćbym chciał.
21.
Tak, zasłużyłem własny los! Koń, co nie w swoim stepu wzrosł, Mogł złego jeźdzca zrzucić tam I wrócić do ojczyzny; sam Znalazłby prostszą, krótszą z dróg… Cóżem przed nim? Daremnie mógł Smutkiem i chęcią pełnić pierś, Ten żar — to czcza i pusta rzecz, Marzenia gra, umysłu brak. Więzienie postawiło znak Swój na mnie… Byłem niby kwiat W ciemnicy: rosnąć nie był rad Samotnie wśród wilgotnych płyt, I młodych liści, chociaż syt, Wciąż nie wypuszczał, czekał wszak Na promień słońca. Długo tak To trwało. Dotyk dobrych rąk Poruszył kwiat, i został pąk Wnet do ogrodu przeniesion. W sąsiedztwo róż. Ze wszystkich stron Dyszeła słodycz pięknych róż… I cóż? Po wzejściu pierwszej z zórz, Jej promień spalił — rad nie rad — W więzieniu wychowany kwiat…
22.
Podobnie mu, mnie spalić miał Bezlitośnego ranku żar. Próżnie jam chował w trawy kiść Zmęczoną głowę: suchy liść Cierniowym wieńcem wtedy stał Nad moim czołem, gdzie się zwiał, I sama ziemia — czy to znasz — Dyszęła ogniem w moją twarz. A w górze, robiąc szybki marsz, Skry się krążyły. Z białych skał Par spływał się; świat Boży spał: Snił w odrętwieniu głuchym swem Rozpaczy uciążliwym snem. Chociażby derkacz podał głos, Lub ważki żywy trel by wprost Dał się usłyszeć, choćby wciąż Potoku szmer… Jedynie wąż, W suchym burzanie szeleszcząc, Błyszczał żółtawą łuską swej, Jak złoty wzór na klindze mej Z napisem w całą długość jej. Wten brużdżąc w sypkim piasku tym, Grając i rozkoszując w nim, Wąż się trzykrótnie w kołko zwił, Lecz niby go oparzył żar, Zamiotał się i skakać stał I w krzakach on dalekich znikł…
23.
I było w niebie w tamten mig Jasno i cicho. Poprzez mgłę W dali czerniały góry dwie. I klaztor nasz miał być tam też, Bo świecił błysk zębatych wież. Niżej Aragwy z Kurą bieg Owijał szlakiem srebrnych wstęg Podstawy nowych wysp, i wał Korzeni krzaków dosięgał, Płynęły zgodnie, lekko tak…` Daleko do nich bylo wszak! Chciałem się podnieść — w oczach mych Wszystko się zakręciło w mig; Chciałem zakrzyczeć — usta me Wyschły i nie ruszały się. Konałem już… Męczyło mnie Przedśmiertne majączenie. Wten Mnie się zjawiło niby sen: Obok głebokiej rzeki dna Jam leżał — dookoła mgła, I gasząc me pragnienie wód, Strumień zimnawy jako lód, Do piersi szemrząc lał się mnie… I tylko żasnąć bałem się, — Tak słodko, miło bym tam trwał… A w górze, tam gdzie księzyc spał, Fale cieśniły się wśród fal, I słóńce poprzez krzysztal bryzg Rzucało jeszcze słodszy błysk… W jego promieniach czasem tam Pstre stada rybek widział jam. Zapamiętałem jedną z nich: Ona życzliwiej sioster swych Patrzyła na mnie. Lusek strój Złótawy rybka niosła swój Na grzbiecie. Wiła się nie raz Nad moją głową w owy czas; I jej zielonych oczu wzrok Choć czułym ale smutnym był… I oprzeć mu jam nie mial sił: Srebrzysty głosik rybki zwał, I dziwne słowa jam słychał, To śpiewał on, to znów znikał…
On mówił tak: «Dziecinko ma, Pozostań ze mną tu: W tej wodzie życie wolne trwa, I spokój jest i chłód.
Swych sióstr zawołam tutaj chór W kolisty tanu cug; Rozweselimy smutny wzór I twój zmęczony duch. Uśnij, pościel jest miękka twa, Powłoka jasna znów. I minie lat i wieków ćma Przy szmerach cudnych snów.
Nie będę taić, miły mój, że pokochałam cię! Tak kocham cię jak wolny zdrój, Jak całe życie swe…»
Słuchałem długo rybki śpiew, Myślałem, że to strugi zew, Co zliła szmer swój w owy czas Ze słowem złotej rybki wraz. Tu wpadłem w półsen. Boży świat Zgasł w oczach. Szal był ustać rad Niemocy ciała, braku sił…
24.
Jam wkrótce tam znalezion był… A resztę, ojcze, ty już wiesz. Skończyłem. Moim słowom wierz Lub nie wierz, wszysko jedno mi O smutku moim powiem ci: Zimny i niemy trup mój tuż Nie spocznie w ziemi ojcow już, Opowieść zaś mych męk i ran Wśród głuchych nie przywoła ścian Niczej uwagi w smutnej łzie, I zniknie ciemne imię me.
25.
Żegnaj mi, ojcze… podaj dłoń: W mej ręce ogień, zajrzy doń… Od młodych lat ten ogień, wiedź, Palił tajemnie moją pierś; Lecz pożywienia pozbawion, Przepalił ściany celi on I wróci znów do tamtych stron Gdzie Władca da z kolei wtem Ciepienia i spokoju wszem… Cóż o mnie? — Niechbym trafił jam Do owych ponadziemskich bram Gdzie duch by mój w przytułku żył… Niestety! — bo za kilka chwil Pomiędzy stromych ciemnych skał, Gdziem ja w dzieciństwie bawić miał, I raj i wieczność bym oddał.
26.
Kiedy konania przyjdzie czas, Niedługo już, zna każdy z nas, Ty przenieść moje ciało każ Tam, gdie ozdabią ogród nasz Białej akacji wielki krzak… A trawa tam jest gęsta tak, Powietrza wonny powiew czyst, I złoci się przejrzysty list W wesołej grze słonecznych iskr! W tym miejscu chciałbym leżeć ja, Niech blaskiem nibieskiego dnia Upoję się w ostatni raz, Stąd widać również i Kaukaz! Możliwie, z swoich wyżyn on Przyśle ostatni mi ukłon, Przyśle z wiatrzykiem zimnym wraz, I obok mnie w ostatni raz Rodzimych dżwiękow zabrzmi głos! Pomyślę że przyjazny gość Lub brat przy głowie stojąc mej Uważną ręką zetrze z niej W ostatniej chwili zimny pot, I czyjść półgłos zaśpiewa w lot O milym kraju moich wzgórz. I z tamtą myślą zasnę tuż, Nie klnąc nikogo w świecie już!..
Перевод Анатолия Нехая (2026)
|
17.
Я ждал. И вот в тени ночной Врага почуял он, и вой Протяжный, жалобный как стон Раздался вдруг... и начал он Сердито лапой рыть песок, Встал на дыбы, потом прилег, И первый бешеный скачок Мне страшной смертию грозил... Но я его предупредил. Удар мой верен был и скор. Надежный сук мой, как топор, Широкий лоб его рассек... Он застонал, как человек, И опрокинулся. Но вновь, Хотя лила из раны кровь Густой, широкою волной, Бой закипел, смертельный бой!
18.
Ко мне он кинулся на грудь; Но в горло я успел воткнуть И там два раза повернуть Мое оружье... Он завыл, Рванулся из последних сил, И мы, сплетясь, как пара змей, Обнявшись крепче двух друзей, Упали разом, и во мгле Бой продолжался на земле. И я был страшен в этот миг; Как барс пустынный, зол и дик, Я пламенел, визжал, как он; Как будто сам я был рожден В семействе барсов и волков Под свежим пологом лесов. Казалось, что слова людей Забыл я — и в груди моей Родился тот ужасный крик, Как будто с детства мой язык К иному звуку не привык... Но враг мой стал изнемогать, Метаться, медленней дышать, Сдавил меня в последний раз... Зрачки его недвижных глаз Блеснули грозно и потом Закрылись тихо вечным сном; Но с торжествующим врагом Он встретил смерть лицом к лицу, Как в битве следует бойцу!..
19.
Ты видишь на груди моей Следы глубокие когтей; Еще они не заросли И не закрылись; но земли Сырой покров их освежит И смерть навеки заживит. О них тогда я позабыл, И, вновь собрав остаток сил, Побрел я в глубине лесной... Но тщетно спорил я с судьбой: Она смеялась надо мной!
20.
Я вышел из лесу. И вот Проснулся день, и хоровод Светил напутственных исчез В его лучах. Туманный лес Заговорил. Вдали аул Куриться начал. Смутный гул В долине с ветром пробежал... Я сел и вслушиваться стал; Но смолк он вместе с ветерком. И кинул взоры я кругом: Тот край, казалось, мне знаком. И страшно было мне, понять Не мог я долго, что опять Вернулся я к тюрьме моей; Что бесполезно столько дней Я тайный замысел ласкал, Терпел, томился и страдал,
И все зачем?.. Чтоб в цвете лет, Едва взглянув на божий свет, При звучном ропоте дубрав Блаженство вольности познав, Унесть в могилу за собой Тоску по родине святой, Надежд обманутых укор И вашей жалости позор!.. Еще в сомненье погружен, Я думал — это страшный сон... Вдруг дальний колокола звон Раздался снова в тишине — И тут все ясно стало мне... О! я узнал его тотчас Он с детских глаз уже не раз Сгонял виденья снов живых Про милых ближних и родных, Про волю дикую степей, Про легких, бешеных коней, Про битвы чудные меж скал, Где всех один я побеждал!.. И слушал я без слез, без сил. Казалось, звон тот выходил Из сердца — будто кто-нибудь Железом ударял мне в грудь. И смутно понял я тогда, Что мне на родину следа Не проложить уж никогда.
21.
Да, заслужил я жребий мой! Могучий конь, в степи чужой, Плохого сбросив седока, На родину издалека Найдет прямой и краткий путь... Что я пред ним? Напрасно грудь Полна желаньем и тоской: То жар бессильный и пустой, Игра мечты, болезнь ума. На мне печать свою тюрьма Оставила... Таков цветок Темничный: вырос одинок И бледен он меж плит сырых, И долго листьев молодых Не распускал, все ждал лучей Живительных. И много дней Прошло, и добрая рука Печально тронулась цветка, И был он в сад перенесен, В соседство роз. Со всех сторон Дышала сладость бытия... Но что ж? Едва взошла заря, Палящий луч ее обжег В тюрьме воспитанный цветок...
22.
И как его, палил меня Огонь безжалостного дня. Напрасно прятал я в траву Мою усталую главу: Иссохший лист её венцом Терновым над моим челом Свивался, и в лицо огнем Сама земля дышала мне. Сверкая быстро в вышине, Кружились искры; с белых скал Струился пар. Мир божий спал В оцепенении глухом Отчаянья тяжелым сном. Хотя бы крикнул коростель, Иль стрекозы живая трель Послышалась, или ручья Ребячий лепет... Лишь змея, Сухим бурьяном шелестя, Сверкая желтою спиной, Как будто надписью златой Покрытый донизу клинок, Браздя рассыпчатый песок, Скользила бережно; потом, Играя, нежася на нем, Тройным свивалася кольцом; То, будто вдруг обожжена, Металась, прыгала она И в дальних пряталась кустах...
23.
И было все на небесах Светло и тихо. Сквозь пары Вдали чернели две горы. Наш монастырь из-за одной Сверкал зубчатою стеной. Внизу Арагва и Кура, Обвив каймой из серебра Подошвы свежих островов, По корням шепчущих кустов Бежали дружно и легко... До них мне было далеко! Хотел я встать — передо мной Все закружилось с быстротой; Хотел кричать — язык сухой Беззвучен и недвижим был... Я умирал. Меня томил Предсмертный бред. Казалось мне, Что я лежу на влажном дне Глубокой речки — и была Кругом таинственная мгла, И, жажду вечную поя, Как лед холодная струя, Журча, вливалася мне в грудь... И я боялся лишь заснуть,— Так было сладко, любо мне... А надо мною в вышине Волна теснилася к волне И солнце сквозь хрусталь волны Сияло сладостней луны... И рыбок пестрые стада В лучах играли иногда. И помню я одну из них: Она приветливей других Ко мне ласкалась. Чешуей Была покрыта золотой Ее спина. Она вилась Над головой моей не раз, И взор ее зеленых глаз Был грустно нежен и глубок... И надивиться я не мог: Ее сребристый голосок Мне речи странные шептал, И пел, и снова замолкал.
Он говорил: „Дитя мое, Останься здесь со мной: В воде привольное житье И холод и покой.
Я созову моих сестер: Мы пляской круговой Развеселим туманный взор И дух усталый твой.
Уcни, постель твоя мягка, Прозрачен твой покров. Пройдут года, пройдут века Под говор чудных снов.
О милый мой! не утаю, Что я тебя люблю, Люблю как вольную струю, Люблю как жизнь мою...“
И долго, долго слушал я; И мнилось, звучная струя Сливала тихий ропот свой С словами рыбки золотой. Тут я забылся. Божий свет В глазах угас. Безумный бред Бессилью тела уступил...
24.
Так я найден и поднят был... Ты остальное знаешь сам. Я кончил. Верь моим словам Или не верь, мне все равно. Меня печалит лишь одно: Мой труп холодный и немой Не будет тлеть в земле родной, И повесть горьких мук моих Не призовет меж стен глухих Внимaнье скорбное ничье На имя темное мое.
25.
Прощай, отец... дай руку мне: Ты чувствуешь, моя в огне... Знай, этот пламень с юных дней, Таяся, жил в груди моей; Но ныне пищи нет ему, И он прожег свою тюрьму И возвратится вновь к тому, Кто всем законной чередой Дает страданье и покой... Но что мне в том?— пускай в раю, В святом, заоблачном краю Мой дух найдет себе приют... Увы! — за несколько минут Между крутых и темных скал, Где я в ребячестве играл, Я б рай и вечность променял
26.
Когда я стану умирать, И, верь, тебе не долго ждать, Ты перенесть меня вели В наш сад, в то vесто, где цвели Акаций белых два куста... Трава меж ними так густа, И свежий воздух так душист, И так прозрачно-золотист Играющий на солнце лист! Там положить вели меня. Сияньем голубого дня Упьюся я в последний раз. Оттуда виден и Кавказ! Быть может, он с своих высот Привет прощальный мне пришлет, Пришлет с прохладным ветерком… И близ меня перед концом Родной опять раздастся звук! И стану думать я, что друг Иль брат, склонившись надо мной, Отер внимательной рукой. С лица кончины хладный пот И что вполголоса поет Он мне про милую страну... И с этой мыслью я засну, И никого не прокляну!..»
1839
|